sobota, 30 kwietnia 2016

Zaproszenie

Wszystkie osoby zainteresowane studiowaniem Chemii kosmetycznej na UMK w Toruniu polecam śledzenie naszego Fanpage na Facebooku. Polecam, na pewno z biegiem czasu, znajdziecie tam miliony przydatnych informacji :).

poniedziałek, 22 lutego 2016

Peeling kwasem pirogronowym (zdjęcia dla odważnych ;) )

Najpierw krótki wstęp: nie wiem, czy ta notka to mój powrót do blogosfery. Postanowiłam zebrać się i naskrobać kilka słów na temat tego kwasu, ponieważ sama szukając informacji przed moimi zabiegami nie znalazłam ich zbyt wiele. Bardzo dziękuje Wam, za wszystkie maile które nadal otrzymuje od Was. To mile, ze czasem ktoś jeszcze korzysta z moich wypocin. W kwestii studiów, kontynuuje ten sam kierunek na UMK, chociaż długo zastanawiałam się, czy nie zmienić kierunku na chemie ogólną. Serce mówiło jedno, rozum drugie, ale jednak zostałam na kosmetycznej i mam nadzieje, ze w przyszłości nie będę tego żałowała (chociaż muszę przyznać, ze ten semestr był dla mnie jakoś mało motywujący). Poza tym, zaczęłam jeszcze drugi kierunek i rozwijam się w całkowicie innej gałęzi. Mam nadzieje, ze ten post przyda sie Wam. W końcu to ostatni dzwonek, jesli chcecie ruszyć z kwasami w tym sezonie. :)

W miedzy czasie, niestety, powróciły moje problemy ze skora. LZS, AZS, trądzik. Zmęczona próbami leczenia na własną rękę wybrałam się do dermatologa (podobno najlepszego w Toruniu) który od razu na pierwszej wizycie, po krótkim wywiadzie, zaproponował retinoidy doustne. Uznałam jednak, ze stan mojej skory nie jest aż tak zły, żeby sięgać po tak drastyczne środki. Wiem, ze taki lek łączyłby się z koniecznością przyjmowania antykoncepcji hormonalnej, czego tez wolałabym uniknąć. Moje problemy są na pewno związane z cyklem miesiączkowym, przez pierwsze dni aż do owulacji skora jest bez zmian, wraz z nią  zaczynają pojawiać się gule, szczególnie na żuchwie. Bolące, podskórne, duże, odporne na wszystko. Wizyta była w marcu, w końcu wyszłam z gabinetu z recepta na trzymiesięczną terapie Unidoksem (antybiotyk z grupy tetracyklin). W sierpniu zaczęłam się interesować oferta zakładów kosmetologicznych, wybrałam się na konsultacje i zadecydowałyśmy wspólnie z panią kosmetolog (która ma spore doświadczenie w temacie trądziku) o zrobieniu serii zabiegów 45% roztworem kwasu pirogronowego. Trzeba tutaj zaznaczyć, ze na mojej twarzy nie było ropnych niespodzianek, raczej pełno gulek rożnego rozmiaru, zaskórników, grudek. Twarz sprawiała wrażenie mocno zanieczyszczonej.  Miałam wykonane trzy zabiegi w odstępie około dwutygodniowym. Po dwóch miesiącach- czwarty zabieg. 


Sam zabieg nie należy do super przyjemnych, głownie z powodu nieprzyjemnego zapachu i odczuwalnego pieczenia. Peeling na mojej skórze nakładany był partiami (czoło, nos i broda, policzek prawy i lewy razem z żuchwą) i trzymany w od 80 do 120 sekund. W kwestii czasu trzymania bardzo ważne było doświadczenie p. kosmetolog, która obserwowała jak reaguje moja skora (a reagowała bardzo gwałtownie i za każdym razem inaczej :D ) . Podejrzewam, że gdybym trafiła na mniej doświadczoną osobę, która trzymałaby się podręcznikowego czasu 2 minut miałabym na twarzy wielki armagedon. Zabieg oczywiście poprzedzał dokładny demakijaż, a po zabiegu- krem, żel lub maska kojąca.
Po pierwszym peelingu byłam przerażona.  ;) Dzień po zabiegu jeszcze nie było źle, apogeum podrażnienia przypadało na 2 i 3 dzień po zabiegu. Wtedy ciężko było mi nawet jeść, otwarcie ust powodowało ból.  Potem było coraz lepiej, a po dwóch tygodniach skora wyglądała zupełnie normalnie. Na końcu wpisu zamieszczę kilka zdjęć obrazujących jak to u mnie wyglądało (wybrałam te mniej drastyczne ;) ) i jak wygląda teraz. Momentami wyglądałam jakbym zasnęła w solarium. Gdy skora już była lekko wygojona świetnie sprawdzał się korektor kamuflaż z Catrice, nakładany wilgotna gąbka. O dziwo, nie zapycha !

Pielęgnacja skory po zabiegu:
Starałam się przez pierwsze 2-3  dni nie używać, żadnych środków myjących opartych na detergentach, ani nie nakładać makijażu. "Myłam" twarz oliwka Hipp, ciepłą woda i delikatna ściereczką. Obskubałam doniczkowy aloes :D, ulgę przynosiło mi tez wymieszanie oliwki razem z zasypka Alantan i nakładanie jej w formie maseczki. Gdy skora już się nieco zregenerowała do gry wkraczał tonik z zawartością 8% glukonolaktonu. Jeśli ktoś jest mniej wrażliwy na parafinę i glicerynę, może warto zainwestować wtedy w krem regenerujący typu Civalfate Avene lub inne z zawartością alantoiny, tlenku cynku. Na dzień obowiązkowo krem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym. U mnie był to Pharmaceris Sun 50+ i nowość w mojej kosmetyczce: żelowy Iwostin Solercin 50+ (który, swoja droga, z  żelem ma mało wspólnego ;) ).

Jak efekty?
Skora znacznie się wygładziła, mniej przetłuszcza się, zniknęła większość podskórnych grudek, a nadmierne przetłuszczanie zostało wyeliminowane. Nawet zwęziły się pory, a myślałam, ze to niemożliwe.
Skora jest w o wiele lepszej kondycji, nie jest już konieczne co dzienne nakładanie podkładu. W połowie cyklu gulki nadal pojawiają się, ale są zdecydowanie mniejsze, szybciej się wchłaniają i nie jest to już kilka wielkich krost, a jedna, czy dwie, a ślady po nich nie zostają na kilka tygodni. Oczywiście jestem świadoma tego, ze mój problem może powrócić. Jednak póki co, z efektów jestem bardzo zadowolona i polecam każdej osobie, która jest już zmęczona walka i u której wizyty u dermatologa nie przynoszą oczekiwanych efektów.


Moja aktualna pielęgnacja:
Nie jest skomplikowana. ;) Rano używam toniku z 10% glukonolaktonu i aloesu, potem rozpuszczam odrobine witaminy C w wodzie i mieszam z olejem z nasion z czarnuszki. Wieczorem demakijaż oliwka Babydream i emulsja myjącą Bielenda Pharm Trądzik i tonik z glukonolaktonem.  Raz-dwa razy w tygodniu nakładam olejek z 3% zawartością kwasu salicylowego, a jeśli skora potrzebuje nawilżenia intensywny krem odżywczy do cery naczynkowej marki Pharmaceris. Poza tym, niezbyt regularnie, stosuje peeling enzymatyczny oraz maseczki z glinki i spiruliny.
Przed

Chwilkę po pierwszym zabiegu.
Dwa dni po pierwszym zabiegu.

3-4 dni po trzecim zabiegu.
Miesiąc po trzecim zabiegu. Skora była nieco podrażniona tego dnia, normalnie nie jest taka czerwona. ;)


Trzymajcie kciuki za długotrwałe efekty!
Pozdrawiam, Semper ;)

PS. Osobom z Torunia chętnie polecę p. kosmetolog, np.  w wiadomości mailowej. ;)

czwartek, 19 czerwca 2014

Baikal Herbals, balsam regenerujący do włosów łamliwych i zniszczonych

Do serii Baikal Herbals podchodziłam trochę jak pies do jeża. Wielokrotnie miałam ochotę na wypróbowanie, a następnie lądowała w koszyku sprawdzona odżywka. Pewnego razu trafiłam na promocję i za odżywkę zapłaciłam około 9 zł. Żal nie brać. ;)



Obietnice producenta:
Balsam regenerujący przeznaczony dla włosów wymagających intensywnej pielęgnacji. Przeciwdziała przesuszeniu i łamliwości. Wygładza je, co ułatwia rozczesywanie i układanie.


Skład:


Aqua with infusions of: Verbеna Officinalis Extract, Empetrum Sibiricum Extract, Linaria Buriatica Extract, Organic Calendula Officinalis Extract, Organic Olea Europaea Fruit Oil; Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Butyrospermum Parkii, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Citric Acid.


Składniki aktywne:Werbena lekarska (Verbеna Officinalis Extract) - jest bogata w olejki eteryczne, pięknie zmiękcza włosy, zapobiegając uszkodzeniom  i wypadaniu.Bażyna syberyjska (Empetrum Sibiricum Extract) -  regeneruje uszkodzoną strukturę włosa, nasycając korzenie witaminami C i BLnianka buriacka (Linaria Buriatica Extract)  - przywraca włosom siłę i wytrzymałość.Organiczny wyciąg z nagietka (Organic Calendula Officinalis Extract) - zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni przez co kondycjonuje, zmiękcza i wygładza powierzchnię włosów. Ma działanie przeciwzapalne, ściągające, bakteriostatyczne, grzybostatyczne, nawilżające.Organiczny olej z oliwek (Organic Olea Europaea Fruit Oil) – odżywia i nawilża włosy nadaje im zdrowy, promienny wygląd. 

Moje włosy lubią roślinne ekstrakty. Odżywka, sądząc po składzie wygląda na lekką, idealną do stosowania na co dzień, ale  dodatek  masła Shea, Behentrimonium Chloride oraz hydroksypropylowanej gumy guar powinien wpływać na wygładzenie i zapobieganie elektryzowaniu się kosmyków. Dalej mamy już tylko regulatory pH, zapach i konserwanty. 



Odżywka faktycznie jest lekka. Można spokojnie nakładać ją na skórę głowy, bez strachu o obciążenie czupryny. Mimo obecności kwasu benzoesowego nie podrażniła mojego wrażliwego skalpu. I właściwie na tym kończą się plusy dotyczące działania tego produktu. Ten balsam nie zrobił nic pozytywnego z moimi włosami. Nawet nie ułatwiał rozczesywania,  a co tu dopiero myśleć o jakimikolwiek wygładzeniu? Regeneracja, choćby wizualna,  haha, dobre sobie. ;) Włosy po nim były matowe, szorstkie. To nie koniec minusów. Sprawa drugorzędna, ale irytująca:  konsystencja i opakowanie. Odżywka jest gęsta, co zwykle uważam za zaletę produktu (najczęściej takie kosmetyki są bardziej wydajne), ale w połączeniu z tym opakowaniem, które ma duży otwór kończyło się to tym, że albo na dłoni nie miałam odżywki w ogóle, albo porcję na 2-3 razy.
Odżywka nie tylko na mnie nie zrobiła pozytywnego wrażenia, osobiście nie znam nikogo, komu podrasowałaby. ;)

Cena: około 14zł/ 280ml.


Stosowałyście tę odżywkę? Może macie porównanie do innych z tej firmy?:) Ja póki co zniechęciłam się. Moje włosy nie są bardzo wymagające, nie pamiętam kiedy ostatni raz kupiłam taki bubel. ;)
Facebook.

piątek, 16 maja 2014

Nadkażenia mikrobiologiczne w kosmetykach: czy jest się czego bać?

Dziś chciałabym się z Wami podzielić wiedzą, zdobyta na zajęciach mikrobiologii. Jeśli jesteście ciekawe, jakie wymagania musi spełniać kosmetyk pod względem czystości mikrobiologicznej, to zapraszam do przeczytania. :)
Nie będzie niczym nowym stwierdzenie, że od mikroorganizmów nie da się uciec. Wszędzie otaczają nas bakterie, grzyby i inne stworzenia niewidoczne dla nas gołym okiem. Nasz organizm jednak do większości z nich jest przystosowany,  przecież wewnątrz ciała człowieka również żyją bakterie, które niekoniecznie mają na nas negatywny wpływ. Czy należy bać się więc zakażeń kosmetyków?

Kosmetyki muszą być wykonywane w sterylnych warunkach. Sterylność ta dotyczy zarówno pomieszczeń, maszyn, powietrza jak i pracowników, opakowań i surowców użytych do produkcji. Ciężko więc o nadkażenie kosmetyku bakteriami chorobotwórczymi w czasie produkcji, choć wiadomo, że są pewne sytuacje, gdy jednak takie wypadki się zdarzają. Jeśli tak się stanie, producent po zauważeniu swego błędu powinien wycofać daną partię.

Głównym problemem stają się więc zakażenia wtórne, czyli takie, które zdarzają się już po zakończeniu etapu produkcji,  wynikające z użytkowania kosmetyku. Nie da się ukryć, że nasze ręce nie są sterylnie czyste. Przeprowadzaliśmy na ćwiczeniach próbę czystości mikrobiologicznej rąk i okazało się, że nawet płyn do dezynfekcji niekoniecznie powoduje, że na dłoniach nie znajdziemy żadnej bakterii. Dopiero długie i dokładne mycie plus dokładne wtarcie środka dezynfekcyjnego przyniosło oczekiwane efekty.  Faktem staje się więc, że za każdym razem, gdy wkładamy palec aby nabrać krem jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że zostawimy tam jakąś część mikroorganizmów. Nie da się również stworzyć warunków bez powietrza  i za każdym razem w słoiczku zostaje powietrze, które również jest zanieczyszczone.  Ryzyko to zmniejsza się, gdy kosmetyk zapakowany jest w buteleczkę z pompką. Póki co nie brzmi to zbyt przyjemnie, prawda? W końcu kremy czyli emulsje woda w oleju lub olej w wodzie to idealne środowisko dla rozwoju bakterii, które uwielbiają bytowanie na granicy faz.

Tu do akcji wkraczają konserwanty. Przed wypuszczeniem kosmetyku na rynek, musi on przejść test konserwacji. Do próbki kosmetyku wprowadza się tak zwane inoculum. Jest to nic innego jak szczep mikroorganizmów. Kosmetyk przechodzi trzy takie próby: dla bakterii, dla grzybów, dla pleśni. Wprowadza się takie bakterie jak: pałeczka ropy błękitnej, czy pałeczka okrężnicy. Następnie inkubuje się próbki w warunkach idealnych do wzrostu, a potem wykonuje wysiew po 7,14 i 28 dniach. Oznaczona ilość bakterii oczywiście nie może zwiększyć się w tym czasie, mało tego- ilość bakterii musi być mniejsza niż ta wszczepiona. Zasada ta dotyczy nie tylko posiewu po 7 dniach, ale wszystkich. Kryteria są dość ostre, a ilość bakterii jest bardzo duża. Raczej ciężko jest o takie nadkażenia podczas normalnego użytkowania kosmetyku. Jeśli kosmetyk przeszedł ten test, pewnym jest, że jest on zdolny do użycia w czasie określonym przez producenta. Czy ma więc sens odkażanie kosmetyków, skoro mamy w nich już konserwanty, które chronią przed nadkażeniami? Moim zdaniem, dodatkowe stosowanie środków dezynfekujących w domowych warunkach  jest zbędne. Co gorsza, widziałam, że niektóre z nich zawierają substancje, które mogą przyśpieszyć utlenianie kosmetyków, a  co za tym idzie ZMNIEJSZYĆ ich trwałość! Inną sprawą jest dla mnie dezynfekcja pędzli, szczególnie jeśli chodzi o wizażystów. Jednak odkażanie cieni do powiek, czy pudrów jest dla mnie zdecydowanie niepotrzebne.
Aby kosmetyk był zdolny do użytku musi być w nim mniej niż 100 jednostek tworzących kolonie (jtk) w ml/gramie (kosmetyki stosowane w okolice oczu i kosmetyki dla dzieci) oraz mniej niż 1000 jtk w przypadku innych kosmetyków. Oczywiście, nie mogą one zawierać żadnych mikroorganizmów chorobotwórczych.

Szczerze mówiąc, biorąc pod uwagę fakty przedstawione powyżej nie potrafię jeszcze ustosunkować się w takim wypadku do kosmetyków "bez konserwantów". W żadnym razie nie twierdzę, że są one niebezpieczne, czy niezdolne do użytku. Może kosmetyki takie nie zawierają substancji których głównym zadaniem jest konserwacja (dopuszczonych jako konserwanty), ale mają za to w składzie inne składniki, np etanol,glikole, detergenty które też niszczą mikroorganizmy?  Na pewno będę szperać i spróbuję dowiedzieć się, jak to jest z tym brakiem konserwantów, jakie normy muszą spełniać takie produkty. Bardzo ciężko jest mi uwierzyć w kosmetyk zupełnie pozbawiony środków konserwujących, który ma datę trwałości po otwarciu np. 12 miesięcy.  Będę dociekliwa. ;)

Jeszcze  ciekawostka na koniec: jakiś czas temu mieliśmy też możliwość zbadania kosmetyków właśnie pod względem czystości mikrobiologicznej. Zabrałam ze sobą żel myjący, wykonany na pracowni z form kosmetycznych. Do jego użycia wykorzystano wodę destylowaną, ale warunki nie były sterylne. Nie zawierał żadnych konserwantów. Przyjęto, że kosmetyk niekonserwowany wykonany w domowych warunkach jest zdolny do użycia przez dwa tygodnie, pod warunkiem przechowywania w lodówce. Mój trzymałam na półce w pokoju, około 5 tygodni. Spodziewałyśmy się pięknych kolonii na szalce, a  tu zonk- kosmetyk taki nadal spełniał normy (mniej niż 1000jtk/ml). Zaskoczone? Ja byłam bardzo. Ciężko mówić o jakimś błędzie podczas wykonania, bo takie wyniki pojawiły się również w przypadku kosmetyków koleżanek.  Zresztą, bardziej spodziewałabym się błędów na niekorzyść kosmetyku, a  nie takiego pozytywnego zaskoczenia. :D

Jakie są Wasze przemyślenia na temat zakażeń mikrobiologicznych w kosmetykach? Jeśli tylko wiecie coś na temat kosmetyków bez konserwantów, jakie normy musi spełniać, proszę podzielcie się ze mną. Temat naprawdę mocno mnie ciekawi. :)

Cała notka opierała się na informacjach zdobytych na zajęciach mikrobiologii ogólnej.
Pozdrawiam, Semper ;)
Facebook

sobota, 10 maja 2014

Kolejny pół produktowy must-have :)

Dziś o półprodukcie nad którym rozmyślałam i rozmyślałam, a jakoś zawsze w ostateczności nie lądował w moim koszyku zakupowym. Przy ostatnim zamówieniu półproduktowym wreszcie do mnie dotarł i już wiem, że zagości na dłużej. :)

Karagenian jest ekstraktem z alg. Ma właściwości filmotwórcze na powierzchni skóry. Dodatkowo jest silnie hydrofilowy ("lubi wodę"). Dzięki temu zapobiega utracie wody przez skórę. Nazywany jest też silikonem roślinnym. Faktycznie, jego konsystencja przypomina mi silikonowe bazy pod makijaż. Jest bogaty w minerały (jod, magnez, wapń, mangan, cynk), wzmacnia odporność skóry na czynniki zewnętrzne, wzmacnia włosy. W kosmetykach do twarzy stosuje się go w stężeniu do 10%, w pielęgnacji włosów- do 5%. Polecany dla cery suchej, dojrzałej,  trądzikowej. Przyśpiesza gojenie ran i działa przeciwzapalnie.

Karagenian stosowałam na kilka sposobów:


1. Szampon

Woda destylowana do 100%
Guma ksantanowa 1%
Glukozyd laurylowy 15%
Glukozyd kaprynowo-kaprynowy 12%
Re-fat 2%
Karagenian 4%
FEOG 1%
Kwas mlekowy- do regulacji pH.

Efekt po myciu bardzo mnie zaskoczył. :) Dawno nie miałam tak gładkich włosów! Gładkie, bardzo błyszczące, nawet bez użycia odżywki czy serum na końcówki. Włosy początkowo nie wyglądały na obciążone, ale po 2-3 myciach zauważyłam, że są krócej  świeże. Zmniejszyłam więc stężenie karagenianu do 2% i to był strzał w dziesiątkę. :) Włosy wyglądają jak po użyciu nabłyszczacza, ale nie są przyklejone do skóry głowy. Po myciu tym szamponem spokojnie mogę nie nakładać odżywki, nie mam problemów z rozczesywaniem. Szampon testowała również moja mama o kręconych włosach i koleżanka z włosami o wyższej porowatości. Loki mojej mamy były bardziej zdefiniowane, sprężyste. Koleżanka również jest zadowolona z takiej mieszanki, włosy przetłuszczają jej się mniej niż po szamponach drogeryjnych i mają niesamowity blask.  Na pewno pokażę Wam efekt po  w aktualizacji włosowej. :)

2. Dodatek do oleju
Gdy zauważałam, ze moja skóra zaczyna być bardziej ściągnięta, sucha, dodawałam niewielką ilość karagenianu do oleju. Wspomagał jego działanie, skóra szybciej odzyskiwała odpowiedni poziom nawilżenia, była delikatnie napięta, wygładzona.  Taka mieszanka wchłaniała się też o wiele szybciej niż sam olej.

3. Dodatek do maseczki
Polubiłam dodawać karagenian do maseczek glinkowych, które bardzo szybko zasychały na mojej twarzy. Zdecydowanie opóźnia czas wysychania, przez co trudniej o wysuszenie i podrażnienie (zbyt długo trzymana na twarzy glinka zielona potrafi zrobić spustoszenie na twarzy).

4. Kremy
 Karaganian świetnie sprawdza się też w kremach. Lekko napina skórę, nawilża. Dzięki niemu kremy charakteryzują się szybsza wchłanialnością i pozostawiają skórę bardzo gładką. Jak po silikonowej bazie. :)

Gdzie jeszcze można stosować karagenian?

-Myślę, że na pewno dobrze sprawdziłby się w serum zabezpieczającym końcówki włosów;
-Mgiełki nawilżające do włosów i ciała, np  z dodatkiem aloesu, kwasu hialuronowego;
-Jako dodatek do odżywek, które niezbyt dobrze sprawdzają się solo. Na pewno taka modyfikacja zwiększyła by zdolności wygładzające odżywki;
-Dodatek  do balsamów do ciała, kremów do stóp.

Cena: około 7zł, opakowanie 10g. Dostępny na  Zrób Sobie Krem, czy mazidla.com.

Znacie już karagenian?Jak widzicie jest to bardzo uniwersalny półprodukt. Jego zakup raczej nie wiąże się z ryzykiem wyrzucenia do kosza, w końcu jeśli nie będzie służył włosom, można spróbować zużyć go w pielęgnacji twarzy lub ciała. :) Jeśli już go używałyście, to w jaki sposób?

Pozdrawiam, Semper :)

środa, 19 marca 2014

Love2Mix Organic, Intensywny szampon stymulujący wzrost włosów

 Niejednokrotnie wspominałam już, że moja skóra głowy jest bardzo wybredna, jeśli chodzi o szampony. Wybór odpowiedniego myjadła stanowi dla mnie nie lada wyzwanie. Szukałam czegoś, czego mogłabym używać w tych okresach czasu, kiedy nie mam czasu na zrobienie własnego szamponu.


Do zakupu przekonał mnie skład:
 Aqua with infusions of Organic Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Extract, Organic Capsicum Frutescens Fruit Extract, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Cocoyl Glutamate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Theobroma Cacao Seed Extract, Panax Ginseng Extract, Benzyl Alcohol, Sodium Chloride, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Parfum, Citric Acid, Lycopen, Caramel.

Sprawą drugorzędna są dla mnie ekstrakty, szczerze mówiąc, nie wierzę w jakieś super moce szamponu, który jest na głowie kilkanaście sekund. Oczywiście ich obecność oceniam na plus, fajnie, że są one, a nie  grupa silikonów ;). Wiem, że niektóre z Was po myciu włosów tym szamponem faktycznie zaobserwowały zmniejszone wypadanie i większą ilość antenek na głowie.


Za to bardzo ważne są dla mnie detergenty, jakie zawiera szampon. W tym znajdziemy:
-Betainę kokamidapropylową-  amfoteryczny środek powierzchniowo czynny, uważana jest za łagodniejsza od kationowych, czy anionowych surfaktantów.  Dodawana do środków myjących w celu zniwelowania drażniącego działania innych detergentów (często tyc kationowych, typu SLS).
-Glukozyd Laurylowy- niejonowy detergent. Wiem, że nie szkodzi mojej skórze, bo jest jednym z środków powierzchniowo czynnych na których wykonuję szampon samoróbkę.
-Sodium Cocoyl Glutamate-  zaliczany do grupy łagodniejszych surfaktantów. Jego obawiałam się najbardziej, bo nigdy nie miałam do czynienia z tym detergentem.
Brak parabenów, olei mineralnych.

Obietnice producenta:
Szampon zapobiega wypadaniu włosów i stymuluje ich wzrost, ma odżywcze i rewitalizujące działanie. Za pomocą zawartego w składzie organicznego ekstraktu pomarańczy szampon głęboko oczyszcza włosy i skórę głowy, wzmacnia cebulki włosowe i pobudza wzrost włosów, odświeża skórę głowy. Organiczny ekstrakt z chili poprawia krążenie krwi, zapobiega wypadaniu włosów. Szampon ma przyjemny zapach, nadaje się idealnie do pielęgnacji każdego rodzaju włosów i skóry głowy.

Myślę, że będzie to jeden z tych produktów, który powinnam mieć na swojej półce w łazience. Nie jest co prawda szamponem idealnym, ale nie zrobił mojej skórze nic złego, co rzadko zdarza się gotowym produktom. Bardzo polubiłam też jego zapach, pachnie Delicjami. Właściwie mogłabym go kupić ponownie tylko dla samego zapachu i zużywać np do kąpieli. Zapach jest słodki, ale przełamany lekką goryczą, nie męczy nosa. Świetny! Za to mój P. uważa, że szampon pachnie bardzo nieprzyjemnie ;p. Zapach nie pozostaje na włosach po umyciu.
Szampon jest niezbyt gęsty, ale bardzo dobrze się pieni, co wpływa na jego wydajność. Jest klarowny, co też wpływa pozytywnie na moje odczucia estetyczne. Nie przepadam za produktami zmętnionymi, perłowymi.  Nie plącze włosów.

Dlaczego więc nie jest moim ideałem? Brakuje mi po umyciu efektu odbicia włosów od skóry głowy, jaki mam po szamponie samoróbce. Fryzura szybciej staje się przyklapnięta oraz po kilku godzinach od mycia zaczynają wyglądać nieświeżo. Włosy są bardzo błyszczące, ale ciężkie i łatwo "zlepiają się w kolonie". Szybszego porostu, zmniejszenia wypadania nie zauważyłam. Podoba mi się również butelka, bardzo łatwo dozować odpowiednią porcje produktu.
Jeśli, tak jak ja, borykacie się  problemem bardzo wrażliwej skóry głowy- polecam. :)


Kupiłam go w sklepie Skarby Syberii za 12,90zł/360ml. Pierwszy raz robiłam zamówienie z tego sklepu, bardzo zaskoczył  mnie niski koszt wysyłki. Może nie do końca odpowiada mi szata graficzna sklepu, ale trzeba przyznać, że ceny są bardzo konkurencyjne. Muszę też pochwalić obsługę sklepu. Z powodu braku jednego produktu z zamówionych przeze mnie, zrobiło się małe zamieszanie, ale problem szybko został rozwiązany. Błyskawicznie odpisywano na moje pytania. W innych sklepach ceny oscylują w okolicach 17-18zł.

Jeśli miałyście już ten szampon i znacie jego zapach, czy znalazłyście jakieś kosmetyki, które pachną podobnie? ;)

środa, 12 marca 2014

Chemia kosmetyczna, semestr III :)

Witajcie!
Jako, że to głównie uczelnia spowodowała zanik mojej obecności,  stwierdziłam, że dobrym tematem na początek będzie opis trzeciego semestru na moim kierunku. Być może powinna się pojawić notka na temat organizacji czasu, bo nieumiejętność rozplanowania sobie obowiązków jest drugim powodem  dlaczego nie miałam na nic czasu, ale … ;) Niemniej, mamy 3 tydzień nowego semestru, na brak zajęć narzekać nie mogę, ale wbiłam się już w nowy rytm zajęć i oto jestem!
Przedmioty,  jakie realizowaliśmy w tym semestrze:
1.      Chemia pierwiastków i ich związków- przedmiot, po którym sądząc po opisie w systemie USOS spodziewałam się zupełnie czegoś innego. W rzeczywistości okazał się być chemią nieorganiczną, a raczej jej podstawami. Ogromny plus należy się dla wykładowcy, który mimo godziny 8.00 rano w poniedziałek potrafił sprawić, że spora część roku pojawiała się na wykładzie i to nie tylko z powodu kolokwium. ;) Zaliczenie wykładu odbywało się nie w formie egzaminu, a na podstawie wyników czterech  kolokwiów + napisanie pracy. Nie oznacza to wcale, że uzbierać punkty na trójkę było bardzo łatwo. ;) Przedmiot, moim zdaniem, ciekawy, poszerzający horyzonty chemiczne. Nieco żałuję, że nie mamy w planie studiów większej ilości chemii nieorganicznej.  Fakt faktem, chemia kosmetyczna jest dosyć zdominowana przez związki organiczne, ale nie tylko one stanowią komponenty kosmetyków i dobrze byłoby wiedzieć,  jak wypadają na ich tle związki nieorganiczne.  Odbyliśmy 30 godzin wykładu.

2.       Od poznawania wszelkich składników kosmetyków był kolejny przedmiot- surowce kosmetyczne. Właściwie to nasz pierwszy przedmiot kosmetyczny. O ile chodzi o laboratoria, to były one najprzyjemniejszymi zajęciami w całym semestrze. Wyodrębnialiśmy takie składniki jak tirmirystyna z gałki muszkatołowej, ergosterol z drożdży, olej kokosowy z wiórek, aldehyd cynamonowy  z mielonego cynamonu czy limonen ze skórki pomarańczowej. Wprawiliśmy się jeszcze bardziej z technikami pracy poznanymi w zeszłym semestrze na chemii organicznej, czyli m.in. różnymi rodzajami destylacji, ekstrakcji, czy krystalizacją. Po wykonaniu dokonywaliśmy analiz, na podstawie których można było określić czystość sporządzonego przez nas preparatu. Te 90 godzin sprawiło, że trochę pewniej czuję się w laboratorium. Na końcową ocenę składały się punkty za wykonanie (stracić można było je na przykład za złe podłączenie aparatury, zbicie szkła) i sprawozdania w dzienniku laboratoryjnym oraz dwa kolokwia. W laboratorium spędziliśmy 90 godzin.
Wykład, 30 godzin.  Podejrzewam, że gdybyśmy chcieli poznać wszystkie  surowce kosmetyczne to wykład musiałby trwać nie 30 godzin, a 90. Niemniej, informacji do nauki było sporo. Dla mnie zdecydowanie najgorszym działem były związki zapachowe i to nad nimi przesiedziałam najwięcej czasu przygotowując się do egzaminu. Nie wiem dlaczego, ale strasznie nie chciało mi to wejść do głowy, ani ułożyć się  w logiczną całość. Być może przez chaos panujący w  notatkach ;). Za to bardzo przyjemny był dla mnie dział na temat kwasów karboksylowych i środków powierzchniowo czynnych. Poza tym, szerzej poznaliśmy substancje stosowane jako konserwanty, przeciwutleniacze i szereg innych związków stosowanych w kosmetykach. Przedmiot zdecydowanie potrzebny na naszym kierunku, ale  wykład niekoniecznie był ciekawy.
3.      Chemia fizyczna- przedmiot którym straszono mnie już od pierwszego semestru studiów. Miał być to  nasz pogrom, a jak przyszło co do czego to chyba więcej osób nie zdało biochemii. ;)  Ilość i długość wyprowadzeń wzorów  przedstawionych na wykładzie mogła przerazić, ale były też działy które mnie zaciekawiły.  Zagadnienia dotyczyły przemiany fizycznych jakie można zaobserwować w chemii, kinetyki reakcji, termodynamiki itp. Wysłuchaliśmy 30 godzin wykładu. Mieliśmy 45 godzin zajęć  laboratoryjnych  z tego przedmiotu. Ćwiczenia były dość krótkie i łatwe w wykonaniu, gorzej było z kolokwiami i raportami, których wykonanie było czasochłonne.
4.       Biochemia, wykład, 30 godzin.  Część wykładu dotyczyła biochemii statycznej, czyli budowy białek, tłuszczów itp., a druga część procesów zachodzących w komórce.  Materiału było dużo, ale prowadząca udostępniła nam zagadnienia do egzaminu i pytania nie były zaskakujące, nie pojawiło sie nic spoza zagadnień. Trochę szkoda, że nie mieliśmy z tego przedmiotu żadnych ćwiczeń laboratoryjnych.

5.       Wychowanie fizyczne.  Ja wybrałam stretching. Polecam osobom, które nie lubią zbyt dużo się ruszać lub które nie potrafią się rozciągać. Ja w tym semestrze zmieniłam zajęcia, bo 1,5 godziny rozciągania nie dawało mi zbyt dużej satysfakcji.Oprócz tego mieliśmy lektorat z języka angielskiego.
      
      W planie studiów na trzeci semestr były przewidziane przedmioty do wyboru, z wydziału chemicznego. Nie wiedzieć czemu nie zostały one jednak otwarte, a przeniesione na czwarty semestr. W tym semestrze musimy wyrobić tez 6 punktów ECTS z przedmiotów do wyboru ogólnouczelnianych. Na szczęście udało mi się część tych punktów wyrobić w poprzednim semestrze (mamy rozliczenie roczne) na przedmiocie materiały jubilerskie.  Muszę przyznać,  że do zapisu  na te zajęcia namówiła mnie koleżanka, podchodziłam do nich dość sceptycznie (chciałam mieć po prostu z głowy chociaż część punktów ECTS), ale tematyka zajęć bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i zaciekawiła. Polecam ;) .
Powiem szczerze, że poprzedni semestr, o ile nie był zbytnio obładowany zajęciami (chodzi mi o liczbę godzin spędzaną na uczelni) to był nieco „nieudany”. Głównie dobijający był poniedziałek, który był dniem wykładów. Oczywiście na wykłady chodzić obowiązkowo nie trzeba, ale ja osobiście lubię mieć własne notatki i obecność na wykładzie pomaga mi w szybszej nauce.  Na szczęście ten semestr zapowiada się o wiele ciekawiej, ale  też mamy zdecydowanie więcej zajęć. I okienek… Jak już tak narzekam to poskarżę się jeszcze, że na naszym uniwersytecie nie ma czegoś takiego jak przerwa po sesji. Sesja kończy się w piątek, a zajęcia rozpoczynają zaraz po weekendzie. Ciężko również o terminy zerowe egzaminu, ponieważ wykłady kończyły się w ostatnim tygodniu przed sesją. Semestr zleciał mi błyskawicznie. Ciężko mi uwierzyć, że to już półmetek licencjatu.

Dostaję sporo pytań na maila dotyczących procesu rekrutacji.  Myślę, że wszystkie informacje znajdziecie na http://www.chem.umk.pl/pages-pl/kierunki.html. W tym roku ruszy też chemia kosmetyczna w trybie niestacjonarnym. 
Wiem, że czytają mnie koleżanki z pierwszego roku, jak tam Wasze wrażenia po pierwszym semestrze? :)

Wyłączyłam możliwość komentowania notek przez anonimy.  Zmusiła mnie do tego ilość spamu. Co prawda nie był on widoczny w komentarzach, ale strasznie zapychał mi skrzynkę mailową. ;)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...